golonte at ownlog '06

Jainzha - przygotowania do turnieju


Link 05.09.2010 :: 05:27 Komentuj (0)

A: Juz nie moglismy sie doczekac turnieju. Wyladowalismy w Tongren, na dwie godziny przed Jainca, gdzie planowalismy przeczekac jeszcze ze dwa dni zanim dojedziemy do upragnionego celu. Niestety hotele albo byly pelne, albo drogie, albo bez jakiejkolwiek lazienki. Postanowilismy zadzwonic do naszego chinskiego koordynatora i poinformowac go, ze za chwile bedziemy na miejscu. Nie mowilismy, ze mamy koordynatora? Ano tak, lokalny rzad wpisal Piotrka na liste uczestnikow i zostalismy oficjalnie zaproszeni na turniej o wdziecznej nazwie "First Rainbow Colour Outstanding Archery Cup". Przez trzy dni byla cisza w mailach, zaczelismy nawet sie zastanawiac czy nadal tu jedziemy. Potem okazalo sie, ze organizatorzy przez caly ten czas szukali tlumacza z polskiego w Pekinie! Uspokoilismy ich, ze wystarczy angielski. Tak zaczela sie kilkunastodniowa wymiana maili z Prestonem, ktory albo prosil nas o przeslanie kopii paszportow, albo historii kariery sportowej Piotrka. W koncu formalnosciom stalo sie zadosc i uwaga - dostalismy transport, zakwaterowanie i pelne wyzywienie tu na miejscu na czas calego turnieju. Oczywiscie wycielismy im numer - i tu wracam do poczatku historii - i przyjechalismy na miejsce sami i do tego kilka dni wczesniej. Nie udalo im sie sciagnac Prestona, wiec najpierw zawolali jakiegos przemilego studenta, ktory lamana angielszczyzna i z trzesacymi sie rekami probowal tlumaczyc, a juz godzinke pozniej sciagneli Heidi, chinke z Tongren, ktora zostala naszym tymczasowym tlumaczem. Tak wiec jestesmy w Jainca, mamy pokoj z lazienka (to zdecydowanie wyzszy standard niz zazwyczaj), o 8:30 mamy sniadanie (tosty i jajka!), o 12:00 obiad (rozne fajne rzeczy) i o 18:00 kolacje (patrz zdjecie ponizej)



Wczoraj wreszcie pojawil sie Preston - Tybetanczyk, ktory mowi perfekt po angielsku i udalo nam sie wypytac o wszystkie te rzeczy, o ktorych w Chinach nie mowi sie glosno. Wiecie " wolnosc dla T...", Big D (ciekawe czy zgadniecie na kogo tak sie mowi), ale to juz jest opowiesc na osobny wpis i zostawie ta przyjemnosc Piotrkowi.


Wracajac do przygotowan do turnieju. Moj dzielny maz dwa razy dziennie stawia sie na strzelnicy i wlaczy z przeciwnosciami losu :)


P: Dla Europejskiego lucznika to jest prawdziwe wyzwanie. Tradycyjnie strzela sie na 60 metrow do celu w krztalcie trojkata o boku 70 cm . To taki kopczyk miekkiej ziemi.  Oddaje sie tylko dwa strzaly, nastepnie jeszcze dwa ale w przeciwnym kierunku. Kopczyki sa na dwoch koncach pola. To jest jedna runda. Ktokolwiek trafi  tanczy taniec wojenny. Konkurencja przeszkadza wydajac rozne okrzykii gwizdy, czasami prosto do ucha strzelca. Jest to calkowicie dozwolone i wzbudza salwy smiechu. Atmosfera jest niesamowita, w zasadzie kazdy mieszkaniec tego miasta jest zainteresowany lucznictwem. Nikt nie wydaje sie byc zaskoczony widzac lucznika ze sprzetem na ulicy. Wrecz przeciwnie, szerokie usmiechy i pozdrowienia spotykaja mnie na kazdym kroku.


O ile sie nam udalo zorientowac, bedzie okolo dwudziestu lucznikow tradycyjnych na zawodach. Konkurencja nie spi i trenuje od rana do nocy. Czesto podchodza do mnie proponujac wymiane strzal lub kupno mojego luku. Obserwuja wszystko bardzo uwaznie, szczegolnie starsi waza i mierza moje strzaly z duzym  powiedzialbym  znawstwem.



 




Jeden z niewielu brodatych;) Strzaly i moj luk wzbudzaja zywe zainteresowanie przechodniow i uczestnikow.




Wzgledy bezpieczenstwa kontra zaufanie:)



U Tybetanczykow zwyciestwo wiaze sie z prestizem, jest to takze miejsce gdzie mlodzi sie poznaja i zawieraja zwiazki. Dlatego porazka jest wysoce niewskazana. Gdy tylko pierwszy lucznik kupil nowoczesny luk, wszyscy inni poszli za jego przykladem. Dlatego "tradycyjne lucznictwo" przerodzilo sie w to , co my nazywamy kategoria "luk bloczkowy bez celownikow". Mimo to musze przyznac ze ich wyniki na 90 metrow sa bardzo dobre, jezeli nie swietne. W zasadzie trafiaja przynajmniej jedna strzale na dwie . Tradycyjnie kada wioska posiadala jeden lub dwa luki przekazywane przez pokolenia . Niektore egzemplarze po renowacji i czesciowym wykorzystaniu starych materialow, szczegolnie rogu, potrafia miec do 300 lat.  Zawody odbywaja sie miedzy wioskami. Polegaja na wizycie i rewizycie w sezonie jesienno zimowym, gdy stada sa w zagrodach a plony w spichrzach. Delegacje lucznikow (z jednym-dwoma lukami) licza do kilkudziesieciu zawodnikow. Praktycznie kazdy dorosly potrafi strzelac. Zawodom towarzysza spiewy i tance, cala impreza zamienia sie z biegiem czasu w festyn, na ktorym nie szczedzi sie jadla i miejscowego pszenicznego bimbru. Dziewczeta obserwuja umiejetnosci chlopcow i seria spojrzen , jak w kazdej kulturze, umawiaja sie na randki. Tradycyjnie na tym polu, gdzie odbywaja sie zawody po zachodzie slonca. Tak tez lucznictwo przyczynia sie do urozmaicania lokalnego  genotypu.



Ja mam z tym pewne problemy...



Goscinnie pomagaja mi szukac strzal:)



Widzac rozmach przedsiewziecia, poszlismy dpo rozum do glowy i uszylismy flage. Miejscowy rzad wklada ogromny wysilek w upiekszanie miasta przed turniejem - sadzone sa kwiaty, pojawily sie napisy w trzech jezykach: Tybetanskim, Chinskim i Angielskim (w tej kolejnosci) nad kazdym sklepem. Wszystko jest myte , naprawiane, dekorowane. Jest to pierwszy Turniej Lucznictwa Tybetanskiego i sympozjum naukowe na ktore zapraszani sa eksperci i zawodnicy z Korei, Francji,Niemiec, Polski (choc my sie wprosilismy troszeczke :) , Chin. Impreza bedzie cyklicznie organizowana co roku. Sponsorowanie samych zawodnikow obejmuje wyzywienie, zakwaterowanie , transport lacznie z przelotami z krajow macierzystych. Oraz prezenty. Turniej obslugiwany jest przez dziesieciu tlumaczy. Kazda delegacja ma swojego wiernego i na kazde zawolanie obecnego. Sa to wszystko wyedukowani mlodzi ludzie. Naszym tlumaczem jest bardzo sympatyczny , swietnie zorientowany w sprawach swojego kraju Preston Xia(oni wszyscy przyjmuja zachodnie imiona na potrzeby komunikacji).


Zapraszamy do obejrzenia filmow!


Trening


Taniec wojenny po trafieniu


Przygotowania


A: Dzisiaj rano, na dwa dni przed rozpoczeciem turnieju, tuz po sniadaniu zostalismy zabrani do biura i otrzymalismy nastepujace prezenty:




Teraz jeszcze musimy namowic chinski rzad, zeby nam to odeslal do Polski, bo kazdy zestaw wazy z 5 kg.


P: Chcialbym zasugerowac wszystkim organizatorom turniejow ze to jest styl do ktorego nalezy rownac. Dyskusje o sponsoringu ktory zabija sztuke tym samym uznaje za zakonczona i niewazna. Sponsoring jest jedynym sposobem na to , zeby robic turnieje z rozmachem i stylem. Niekoniecznie Tyskie czy Lech - ale samorzady ktore jak w tym przypadku  stawiaja na rozwoj turystyki i kultury .


Maly artykul o Tybecie pojawi sie wkrotce i mysle ze was zaskoczy:)





Xiahe-Tongren-Jianzha


Link 03.09.2010 :: 14:26 Komentuj (2)

Wspaniala trasa ktora polecamy kazdemu kto kiedykolwiek zawita w te strony. Zapierajace dech w piersiach plenery, monumentalne gory , Zolta Rzeka ktora niespodziewanie zmienia kolor na turkusowy, slowem - mila niespodzianka.
Akurat trafilismy na koniec sezonu pasterskiego , wiec na drodze spotkalismy Tybetanczykow ze stadami. Goraco zachecam do obejrzenia filmow!





































A tu dwa filmy:

Yaki

Achtung-Kozy!

A tak wyglada Jianzha, gdzie za 4 dni zaczyna sie turniej !






Gutenberg po Chinsku


Link 03.09.2010 :: 13:59 Komentuj (5)
W drugiej relacji z Xiahe pragniemy przyblizyc Wam niezwykle  podejscie Tybetanczykow do drukowania ksiazek. W przewodniku lapidarna informacja o klasztornej drukarni wprowadza w blad.
Spodziewalismy sie ze 2000 drewnianych klockow to po prostu 2000 chinskich znakow a drukarnia to mniej wiecej znzny z lekcji historii wynalazek sredniowiecznej Europy. (czemu Chinskie znaki w Tybetankiej drukarni? nie wiem, i nie zastanawialismy sie nad tym)
Blad.
W klasztorze znajduje sie 2000 gotowych tabliczek z tekstami, recznie rzezbionych i powielanych przez mnichow. Kazdy z nich pracuje od 6 do 8 godzin dziennie. W ciagu dnia "drukuje" sie od 3 do 4 ksiazek. W bibliotece znajduje sie 10 000 tekstow . Niestety - nowych tekstow nie ma , jezeli tabliczka ulegnie uszkodzeniu, to po prostu rzezbi sie nowa. Teksty sa zapleczem intelektualnym szkol w Xiahe. Jedna strona kosztuje 0.10 yuana, czyli ok 2,5 grosza. Studenci maja preferencyjne ceny.

Koniecznie zobaczcie film!













Praca wre   - film

Tutaj widzicie jak to sie robi: jeden smaruje a drugi jedzie:)


A tu kilka fotek zrobionych na ulicy. Tak wygladaja pielgrzymi.





















Xiahe, czyli medytacja nad powstajacym chodnikiem


Link 31.08.2010 :: 14:59 Komentuj (2)

Pociag Dunhuang - Lanzhou wprawil nas w dobry nastroj. Snieznobiala posciel, gorace posilki, czyste toalety i lazienka z lustrem -tak prezentuje sie chinskie PKP . Komuno-liberalizm okazuje sie byc idealnym ustrojem:) I pisze to bez sladu ironii. Postep, jaki tu widac, zainteresowanie wladz centralnych konsolidacja i rozwojem odleglych prowincji moglyby zawstydzic niejeden rzad. Chcialoby sie rzec- gdyby nasze wladze tyle energii wkladaly w rozwoj Polski B, z Warszawy do Bialegostoku mielibysmy autostrade, a Puszcze Bialowieska ogladalibysmy z dachu wiezowca...


Preferencyjne kredyty, osadnictwo, rozwoj infrastruktury wprawiaja w oslupienie. Najlepszym przykladem jest Xiahe.


Ta niewielka miejscowosc na tybetanskim plateau jest domem dla 1200 mnichow Sekty Zoltej Czapki i kilkudziesieciu z Sekty Czerwonej Czapki. Dojechalismy dobra droga z Lanzhou w ciagu 4 godzin . Przywitala nas rozkopana ulica, niezabezpieczone dziury w chodniku, ktory dopiero co zaczal pokrywac nowo polozone rury i kable niewiadomego przeznaczenia. Pyl i warkot maszyn. Poczatkowo nie zwracalismy na to uwagi - ot, potrwa to miesiac jak u nas :) Po 4 dniach okazalo sie , ze chodnik jest gotowy na odcinku dobrego kilometra... Kobiety i mezczyzni, starzy i mlodzi z lopatami, kilofami, pilami, koparkami dokonali czegos, co w Europie przypisuje sie tradycyjnie Niemcom. Chwala Bogu , ze Chinczycy buduja odcinek autostrady Lodz- Warszawa.


Ten odcinek naszej relacji jest pisany z nowoczesnej kawiarenki internetowej, w ktorej obok mnie mnisi z klasztoru Labrang oddaja sie medytacji grajac w znane nam najnowsze gry. Kazdy z nich ubrany w tradycyjna czerwona szate posluguje sie Ipodem, komorka i jezykiem angielskim, a znajomoscia najnowszej techniki niejednego Europejczyka wprawilby w szok ktory dosc szybko przeszedlby w zawstydzenie.


Sam klasztor zas miesci 6 szkol -collegow - ktorych program nauczania jest dosyc specyficzny. Od astrologii i filozofii po prawo i tybetanska medycyne.

Takie oto mlynki modlitewne otaczaja klasztory w Tybecie. Sam Labrang ma ich ponad 1700. 3km trasa zalatwia ilosc modlow na najblizsze kilka lat:)


Niestety wewnatrz swiatyn i szkol nie wolno robic zdjec. Zainteresowanych odsylam do filmu "7 lat w Tybecie" - wnetrza wygladaja identycznie. Dlugie siedziska wsrod kolumn , obrazow , posagow i wszechobecny zapach kadzidel. Najwieksza sala pomiescic moze 1000 studentow. Studia trwaja od 5 lat do 15tu w przypadku medycyny...

Raz do roku studenci tworza takie oto rzezby z masla jaka. Zapach nie jest przyjemny, natomiast same dziela i owszem.


Mnisi sa niezwykle zabawni. Notorycznie dotykaja mojego brzucha smiejac sie  - prawdopodobnie uwazaja ze jestem gruby, choc wielu z nich bije mnie w tej dziedzinie na glowe. Generalnie sa usmiechnieci, uczynni, weseli i "wyluzowani".


Duza czes populacji nadal nosi tradycyjne stroje. Z wygladu przypominaja peruwianczykow. Nawet kapelusze maja podobne:)



Zbliza sie wielkimi krokami turniej w Jainzha. Jestesmy calkiem niedaleko - podejrzewam, ze zaledwie 200 km :) Jak na Chiny - doslownie za rogiem. 


W tzw miedzyczasie wybralismy sie do starozytnego miasta, w ktorym nadal mieszkaja ludzie. Mala wioska wewnatrz cyklopowych murow o wdziecznej nazwie Ganjia jest nedznym cieniem dawnej potegi.

A takie zdjecia sa efektem wytezonej pracy amerykanskiego amatora fotografii. Lepszy wrobel w garsci niz rydz na dachu....



 



Dunhuang - oaza na jedwabnym szlaku


Link 23.08.2010 :: 08:29 Komentuj (3)
A: Jako, ze Chiny slyna z powalajacych zabytkow, a my do tej pory odwiedzalismy jedynie bazary i targi, postanowilismy w koncu skusic sie na jakas duchowa fieste. Mogao Caves - 492 swiatynie w grotach skalnych, ktore powstawaly na przestrzeni 1000 lat mieszczace jedne z najwspanialszych przykladow sztuki buddyjskiej malowanych na 42 000 m kwadratowych wypelnionych posagami buddy, gdzie najwiekszy ma ponad 35 m. No jak zwiedzac to z grubej rury, nie?
Zawachalismy sie tylko przez chwile - jak kupowalismy bilety wstepu - 90 zl/os! Dla porownania kolega z Francji zauwazyl, ze bilet wstepu do Luwru kosztuje ok 12 euro. Juz na wstepie zaczely sie schody - nie wolno robic zdjec i musielismy zdeponowac aparat w przechowalni. Jak sie domyslacie dla wspolczesnego turysty zwiedzanie bez aparatu jest idiotyczne, ale pstanowilismy zachowac niezapomniane wrazenia gleboko w sercu, na cale zycie.  
Odwiedzilismy ok 10 jaskin, widzielismy 35 m budde (choc ponoc tylko jego noga jest oryginalna - troche jak warszawska starowka), 20 m budda tez robi wrazenie i lysy i spiacy i dziesiatki boddisathw i tysiace malunkow, ale po 2 godzinach zwiedzania z chinska przewodniczka, wg biletu docentka i oswietlania poszczegolnych rzezb slabym swiatlem latarki mielismy wrazenia, ze mimo wszystko cena jest zbyt wygorowana. Miejsca oznaczone na mapie Unesco jako zabytki klasy 0 powinny byc dostepne zarowno dla biednych jak i bogatych (troche brzmie jak komunistka, ale takie mam wlasnie przemyslenia).
Najfajniejsza z tego wszystkiego jest historia odkrycia samych jaskin. Na poczatku poprzedniego stulecia pewien mnich odkryl jaskinie wypelniona tysiacami manuskryptow, ktora z niewiadomych przyczyn zostala zamurowana lata temu. Zglosil to lokalnym wladzom, ktore rowniez kazaly zamknac jaskinie i nie kiwnely palcem, aby cokolwiek z nimi zrobic. W zwiazku z tym wiekszosc manuskryptow zostala sprzedana za granice - kupili je Anglicy, Francuzi, Japonczycy i Rosjanie i umiescili w swoich muzeach. Kiedy chinskie wladze zorientowaly sie, ze ich narodowe dziedzictwo zostalo rozkradzione kazaly zabezpieczyc pozostale 10000 zwojow i wywiezc do Pekinu. Po drodze wiekszosc najcenniejszych zaginela - rozeszly sie jak cieple buleczki jako prezenty dla lokalnych urzednikow. W lokalnym muzeum jest opisana cala ta historia z wyraznym zalem, ze zagraniczne wyprawy badawcze przywlaszczyly sobie te bezcenne zwoje i malunki, nam jednak sie wydaje, ze cale szczescie, ze tak sie stalo - przecie na pewno nie przetrwalyby kulturalnej rewolucji, skoro jeszcze za czasow cesarstwa zostaly rozkradzione przez samych Chinczykow.

P: Mnie zafascynowaly postaci odkrywcow. Nazwisk nie przytocze , bo nie pamietam.
Najpierw przybyli brytyjczycy -elegancki pan , Sir przed nazwiskiem, ktory manuskrypty posegregowal, najcenniejsze kupil za zawrotna sume 120 funtow i wywiozl do Londynu . Do teraz stanowia cenne zbiory British Museum.
Nastepnie przybyli francuzi. Eleganccy, kupili kilka tysiecy manuskryptow i wywiezli. Do teraz w Luwrze.
Nastepnie przyjechali Japonczycy - jako ze sami buddystami byli, to uzyskali bezplatnie kilkaset zwojow i zabrali do Japonii.
Potem przybyli Rosjanie - w carskich mundurach zapakowali kilkaset skrzyn na wielblady i przez syberie do Petersburga. Do teraz w Ermitazu.
Nastepnie Niemcy - nie bylo nic do zabrania, wiec wszystko skrzetnie skatalogowali i nakreslili mapy.
Na sam koniec przyjechali amerykanie - ze zdjecia wnossze ze ten badacz wczesniej kopal zloto w nebrasce - kapelusz, krzywe oblicze, brudne rece. Opracowali swietna technike - zdzierajac razem z tynkiem malowidla wywiezli kilka do stanow. Probowali wrocic, ale miejscowa ludnosc okazala sie na tyle nieprzychylna ich metodom badawczym, ze musieli uchodzic bojac sie o swoje zycie.
Niczym w soczewce skupia sie wiec w historii jaskin cale stulecie poszukiwan i odkryc wraz z metodami stosowanymi przez poszczegolne narody;)

Tuz przed wejsciem - jeszcze mozna bylo robic foty









A to juz tajniackie foty z komorki









I na koniec z innej bajki kilka fotek z telefonu Piotrka - dwie pierwsze to tzw. sleeper bus - czyli autobus z lozkami (dobre dla kurdupli, dla nas katorga) i ostatnie to damska toaeta na trasie z Kashgaru do Urumqi. Dzielnie cyknelam fotke i wysikalam sie w krzaki.











Urumqi


Link 22.08.2010 :: 12:31 Komentuj (14)
Chcecie wiedziec co jemy? Voila!


P: to jest niesamowite- nic z tego nie rozumiem a podobno jest to po angielsku :)























I na koniec zagadka - wsrod tych wszystkich zdjec jest jedno, ktore nie przedstawia jedzenia. Kto zgadnie, ktore to zdjecie i co na nim jest wygra nagrode niespodzianke. Kto pierwszy ten lepszy - decyduje kolejnosc wpisow!

A teraz z innej beczki. Kto czytal mojego bloga jak mieszkalam w Chinach ten pamieta jak fajne jest tam zycie wieczorne - bez wzgledu na wiek ludzie spotykaja sie w parkach, na wiekszych placach po to, zeby uprawiac rozne sporty, tanczyc, spiewac, grac na instrumentach. Nikt nie wstydzi sie swoich umiejetnosci, po prostu korzysta z czasu wolnego na swiezym powietrzu zamiast przed telewizorem.



Tak wygladal park, a ponizej popoludniowe zabawy - nam najbardziej wpadli w oko panowie z latawcami.









P: Ludzie tancza, spiewaja, zupelnie na luzie , bardzo duzo starszych osob.

Odwiedzilismy tez darmowe muzeum, gdzie nie wolno bylo robic zdjec, ale oczywiscie strzelilam kilka jak policjant nie patrzyl.


P: Niestety nie ma tam szczegolowych opisow, tylko np. "luk z okresu dynastii Tang"
Zwroccie natomiast uwage na kolczan - mnostwo kieszeni na strzaly etc.



To akurat jest mi znane - luk Mandzurski. Specyficzny wynalazek Mandzurow - dlugi (od 170-190cm po napieciu cieciwy) . Dosyc silny - od 60-90 funtow. Na zdjeciu tego nie ma i rekontruktor sie nie przylozyl, ale normalnie te luki maja sijah , czyli mala podporke pod cieciwa . Same strzaly to cos niesamowitego - do 110 cm dlugosci i uwaga- do 100 gram wagi. Srednica promienia do 15mm.
Pierwotnie uzywane do polowan na grubego zwierza (w tym leopardy..)okazaly sie niesamowicie skuteczna bronia na wojnie.
Przy niewielkim zasiegu do 150 metrow potrafily przebic kazda znana wowczas zbroje. Typowy mandzurski wojownik do walki zabieral zaledwie 10-12 strzal.
Luk przy tej dlugosci zachowuje sie bardzo stabilnie. Dlugie lotki ( na oko do 20cm)  stabilizowaly strzale (wolniejsza od mongolskich czy tatarskich) bardzo szybko, co sprawialo, ze urzadzenie to bylo niezwykle precyzyjne.  Dodatkowo duza szerokosc ramion luku pozwalala na uzywanie go w nieprzyjaznych warunkach atmosferycznych - szerokie ramiona zapobiegaly wypaczaniu sie luku.
Wyalazek ten to dopiero 17 wiek - epoka muszkietow. Dlatego tez na wojnie Mandzurowie uzywali mieszanego szyku - smiertelnych wowczas muszkietow na wiekszy dystans, natomiast z bliska wlasnie owych kilkunastu precyzyjnie wymierzonych, niezwykle ciezkich strzal. Zainteresowanych zachecam do wygooglania Manchu Archery - jezeli angielski wam nieobcy, mozna sporo wyczytac.






A tu przyklad tego , jak muzealnictwo potrafi sie zagubic w meandrach historii. (dla niewtajemniczonych - luk napina sie w druga strone...)

A: Ja mimo wszystko uwazam, ze zrobili to umyslnie - stary luk i nie chcieli ryzykowac, ze strzeli przy napinaniu :)






Chiny - Kashgar


Link 16.08.2010 :: 16:14 Komentuj (4)

W taki sposob przywitaly nas Chiny na granicy


Trudno opisac Kashgar. Trzeba byc technokrata, by ujac rozmach chinskiego boomu i poeta, by ujac w slowa zapachy i kolory kretych uliczek starego miasta. Przez tysiace lat w glinianych murach odpoczynek znajdowaly karawany jedwabnego szlaku. Wsrod niezmienionych do dzis warsztatow i straganow tetni nieprzerwanie kolorowe zycie. Sklepy z przyprawami nasycaja popoludniowe powietrze plejada nieznanych zapachow. W zachodzacym sloncu mienia sie garnki i patelnie ;)


Ok, probowalem. A teraz fakty. Kashgar przez wieki byl waznym osrodkiem na jedwabnym szlaku. Ostatnie duze miasto przed przekroczeniem pasma Tien-Shan - stad odchodzily i tu docieraly karawany z Indii, Pakistanu , Kirgizji (lub Baktrii jeszcze wczesniej) . Tedy przywedrowal buddyzm, wczesniej niepodzielnie rzadzil manicheizm, tu mieszaly sie kultury Azji centralnej z kultura Chin. To tu w poczatkach 21 wieku przywedrowal Wodzu z Zyrafa.


Wspolczesny Kasgar to tak naprawde dwa miasta. Stare miasto to przepiekna platanina martwych z pozoru uliczek, lecz wystarczy zajrzec przez uchylone drzwi , by zdac sobie sprawe, ze to pozory. Za kazda sciana znajduje sie dom, z malenkim patio w ktorym bogata ornamentyka wystroju zapiera dech w piersiach, delikatnie szumia posadzone drzewa i rosliny, na ziemi miekkie kobierce tlumia kroki i tylko wesole krzyki dzieci rozjasniaja zacienione alejki. (chyba mnie znow ponioslo ;)



Drugi Kashgar to Imperialne Chiny. Ta oddalona i zapozniona prowincja przez wieki wpadala i wypadala spod chinskich wplywow aby w koncu w 19wieku dostac sie pod wladze ludowa. Garsc danych: w ciagu ostatnich 10 lat 100 miliardow dolarow na rozwoj. Co roku 250.000 chinskich osadnikow. Struktura demograficzna - 20 lat temu 90 proc Ujgorow, dzis - 50 procent. Dlatego tez sa dwa Kashgary - ujgurski, zmalenkimi warsztatami gdzie praca ludzkich rak wykonuje sie np beczki czy garnki, balustrady, ogolnie wszelkie tzw badziewie. Oraz Chinski z szerokimi ulicami, neonami i tysiacami bezszelestnych elektrycznych skuterow. Z klimatyzowanymi sklepami, gdzie na wejsciu stoi elegancka Chinka mowiaca po angielsku gotowa zaprowadzic turyste w kierunku pozadanego towaru. Z bankami, kartami kredytowymi, bezzwrotnymi pozyczkami dla Chinczykow pragnacych przyjechac i zamieszkac. Slowem- cicha, nieustajaca inwazja , integracja z reszta chin. W tej prowincji takze bogate zloza gazu i surowcow.


Stary Kashgar zadymiony, ciemny , cichy, zyje innym rytmem - rytmem ramadanu . Kashgar chinski - tloczny, pedzacy, nieopanowany, dynamiczny. Tu - przeszlosc ktorej nadzieja jedyna jest turystyka, tam- rodzacy sie od stulecia gigant, mlodosc i energia niszczaca to co stare.






Tak wlasnie umiera stary Kashgar - stare miasto pomalu wyburzane .Oczywiscie w trosce o bezpieczenstwo wedl;ug oficjalnych zrodel. W koncu moze przyjsc trzesienie ziemi, i stare miasto go nie przetrzyma. Tak naprawde jednak chodzi takze o przestrzen rozwojowa - miejsce na NOWE. Ceny gruntow z pewnoscia sa tu wysokie.


Nie wszystko jednak jest takim, jakim moze sie wydawac nam, europejczykom. Stary Kashgar przetrwa. Przezyje to , choc mniejszy, dzieki turystom. Dlatego tez zachecam wszystkich - przyjezdzajcie do Kashgaru. Bo za dziesiec lat moze go nie byc...




Ulica kamieniarzy - tu mozesz kupic dowolny glaz:)



A tu - tzw chinszczyzna.

Ponizej zdjecia z wizyty u golarza - niech Piotrek opisze wrazenia, z mojego punktu widzenia bylo to bardzo relaksujace, trwalo ponad godzine i wraz z obcieciem wlosow kosztowalo 10 zl.

P:Golenie brzytwa rozpoczyna sie od czterdziestominutowego masazu twarzy przy uzyciu cieplej wody i olejku.

Nastepnie nastepuje samo golenie. Totalnie profesjonalne, delikatne, jednoczesnie naciagajac skore i wykonujac krotkie i zdecydowane ruchy golarz usuwa wlosy. Polecam kazdemu - tego juz w europie praktycznie nie ma .... 

A tak wygladal nasz hotel - mielismy sporo szczescia, ze juz nie bylo miejsca w pokojach, bo przynajmkniej nad ranem robilo sie odrobinke chlodniej.

Ponizej - jeden z kilku porywajacych sklepow z instrumentami

To drzewo nie jest prawdziwe, ale dalismy sie zrobic jak male dzieci, stalismy tam z rozdziawionymi buziami nie mogac uwierzyc, ze cos tak pieknego istnieje. Nie istnialo - te liscie byly przywiazane do uschnietego drzewa i wygladaly superrealistycznie.

A na zakonczenie historia pewnej kozy. Otoz wiekszosc turystow stara sie przujechac do Kashgaru przed niedziela, zeby z samego rana udac sie na targ zwierzat (my rowniez przyjechalismy na niego, ale w poniedzialek, wiec w pewnym sensie rowniez bylismy przed niedziela ;) W hostelu poznalismy fajowa ekipe i wlasnie pewien Nowozelandczyk postanowil w sobote kupic koze, zeby w niedziele sprzedac ja na slynnym targu.

Tak wygladalo kupowanie kozy w gorach.

To zupel ie naturalne,  ze koze przewozi sie w bagazniku taksowki.

Alex, the goatcarrier. CZyli po naszemu nosiciel kozy? Kozotransporter? Alex nawiazal wyjatkowo osobista relacje z koza...

Zaczely sie targi. Po polsku i poangielsku probowalismy przekonac Ujgorow do niewatpliwych zalet naszej przyjaciolki...

Lacznie z zapewnieniem, ze jest wciaz dziewica....

Pewie samotny Ujgur postanowil ja kupic. Koza zakupiona za 300 juanow poszla za 270...  Ale wszyscy byli szczesliwi:)

Ania jest bardzo dumna z tego zdjecia, wiec prosze was - pochwalcie

Przyjrzyjcie sie szcegolowo i bez kompleksow...

Tak wlasnie wyglada najwiekszy targ zwierzecy centralnej Azji.





Karawanseraj


Link 16.08.2010 :: 14:10 Komentuj (6)

Po naszej meczacej wyprawie konnej dotarlismy do Narynu. W najdrozszym hostelu (i jedynym wartym uwagi) w koncu goracy prysznic, pralka, pierogi i piwo. Z Narynu do chin wiedzie szlak ciezarowek przez Torugart - jedno z najdziwniejszych i najmniej przewidywalnych przejsc granicznych w Azji , a takze na swiecie. To przejscie wybralismy z rozsadku . Druga droga do Chin prowadzi przez doline Ferganska - spichlerz Kirgistanu, Uzbekistanu i Tadzykistanu. Granice tam prowadza srodkiem drogi, na wskros przez podworko i zaraz miedzy lodowka a zlewem.


Dlatego tez rejon ten od upadku Sojuzu jest arena nieustannych napiec, ktore w tym roku przybraly krwawy obrot. Relacje od innych podroznikow byly niczym stara babka, ktora na dwoje wrozyla :) Niektorzy spokojnie przejechali przez Osh , gdy inni pobici przez miejscowe KGB stracili zdjecia, karty do aparatow  i o maly wlos unikneli deportacji.


Przejazd przez Torugart jest oczywiscie duzo drozszy, gdyz nie ma tam przejscia pasazerskiego. Tylko zorganizowane wycieczki moga sie tamtedy przeprawiac i operacja wymaga wspolpracy po obu stronach. Do chinskiej granicy jest kirgiski kierowca i pojazd, nastepnie na przeleczy przesiadka do chinskiego autokaru. Placi sie za obie trasy osobno i bezwzglednie nalezy sie upewnic, ze pierwszy transport nie zostawi nas na pustkowiu zanim nie odbierze nas drugi.


Mielismy duzo szczescia podlaczajac sie do francuskiej grupy. Z braku turystow transporty sa sporadyczne, ale dzieki uprzejmosci i oszczednosci Jean-Pierre'a znalazlo sie dla nas miejsce w samochodzie. Po drodze grupa miala juz zaplanowany dwudniowy pobyt w Tash-Rabat , jedenastowiecznym karawanseraju . Notabene jednym z trzech zabytkow Kirgistanu starszym niz dwiescie lat.



 



 



Mimo szczerych checi, zostalismy w Kirgistanie jeszcze dwa dni....


 


Tam tez przezylismy jak dotad najgorsza noc naszej wyprawy. Gdzies w trakcie konnej eskapady podlapalismy lekkie zatrucie , ktore rozwinelo swe sily i dokonalo pustoszacej ofensywy w naszym ukladzie pokarmowym. Na trzech tysiacach metrow jest to szczegolnie nieprzyjemne. Noc pelna wrazen - miedzy spogladaniem w wiadomym celu w dol a przepiekna droga mleczna nad naszymi glowami mielismy czas na rachunek sumienia.


Czasami przychodza nam wszystkim do glowy zdania ktore wiernie acz lapidarnie oddaja sama istote sprawy. Oto jedno z nich:


"Kirgistan to miejsce, w ktorym nawet dzieci dostaja na imie Nazgul"


*Nazgul - zly duch z powiesci JRR Tolkiena, dzieci naprawde tak dostaja na imie, widzielismy nawet sklep o tej nazwie...



Na zdjeciu Kirgizi przygotowuja narodnyj delikates - czyli watroba i pluco barana przypiekane miotacyem ognia zasilanym benzyna. Prawdziwe paskudztwo.


Sama droga przez przelecz trwala caly dzien. Ze wzgledu na duzy ruch i przebudowe drogi (Chinczycy w ciagu 4 lat zbuduja kilkusetkilometrowy odcinek w waskim kanionie wsrod cztero i pieciotysiecznikow - dokonanie imponujace ) byl to moj osobisty koszmar. Dopoki siedzialem w siodle czulem sie w miare dobrze.  Dwudniowy odpoczynek jednakze rozluznil tzw "gorset miesniowy".  Miedzy checia mordu na kierowcy a rozsadkiem granica stawala sie coraz ciensza w miare uplywu godzin. Wytrzymalem, choc Ania uwaza ze mialem mine jak Rambo....



Granica miedzy Kirgistanem i Chinami to 110 kilometrowy pas ziemi niczyjej, trzy posterunki (tzw checkpointy) i w koncu przejscie graniczne. Wspaniale, nowe , na miare Imperium oczywiscie. Prawie ze ucalowalismy ziemie naszej nowej komunistycznej ojczyzny i pelni dobrych mysli pojechalismy w kierunku Kashgaru, o ktorym w nastepnej relacji postaram sie Wam opowiedziec.



Polska Walczy w gorach Kirgistanu


Link 12.08.2010 :: 08:58 Komentuj (9)

Po ogolnie nieprzyjemnych doznaniach w Kirgistanie postanowilismy dac mu jeszcze jedna szanse i zrobic wyprawe konna w gory. W Shepherd's Life (organizacja skupiajaca lokana spolecznosc  obslugujaca  turystow) niezwykle pomocny Urmat umowil nas z przewodnikiem i rozpoczelismy rozmowy. Wydawalo nam sie ze proponowana przez niego trasa jest zbyt krotka. 3 dni w zupelnosci nas nie satysfakcjonowaly. Uparlismy sie przy 6ciu. Urmat kilkakrotnie upewnial sie , ze chodzi nam o tak dluga trase, po czym poinformowal nas grzecznie , ze jeszcze nikt nigdy odkad istnieje organizacja (czyli od upadku komunizmu) nie zrobil takiej trasy. Zwykle, mowil, turysci 2 dnia milkna, trzeciego narzekaja i zsiadaja z koni. Popatrzylismy po sobie z Zyrafa - i od razu wiedzielismy ze to zrobimy.


Nikt tego nie dokonal! Bedziemy pierwsi! Polacy ! Jak Sobieski pod Wiedniem, Husaria pod Kirholmem, Pan Twardowski na Ksiezycu i inni wielcy rodacy. Urmat tylko upewnil sie jeszcze 5 razy i w koncu zapytal naszego przewodnika Ulana o zdanie - on sie zgodzil no i rozpoczelismy przygotowania do drogi.


Problem pierwszy - nie mamy odpowiedniego sprzetu do ochrony przed deszczem na koniu. Na szczescie pamietalem klasyczny wzor plaszcza rycerskiego model Grunwald  1410 i  z zakupionej plandeki samochodowej zmajstrowalem potrzebne wyposazenie.


 


Problem drugi - zapasy. Mielismy pieniadze wiec nie bylo problemu.


Po calym dniu przygotowan wyruszylismy. Zamiast czterech koni Ulan zabral trzy, co pozniej przysporzylo nam nieprzyjemnosci. Ale nie uprzedzajmy faktow. Tak przygotowani - wyruszylismy.


A: Dodam tylko, ze tradycyjnie juz uparlam sie przy konnym trekingu, bo dotychczas probowalam swoich umiejetnosci praktycznie w kazdym kraju, w ktorym bylam. W Mongolii bylam na koniach przez kilka dni razem z Wickiem i Blazejem i wiem, ze zaden z nich wczesniej na koniu nie siedzial i swietnie sobie z tym poradzili. Idac tym tropem namowilam Piotrka na podobna przygode, mimo ze konno nie jezdzi. I tak jak myslalam - nie trzeba umiec jezdzic konno, zeby zdobywac czterotysieczniki :)


Dzien pierwszy.


Zaladowawszy sie na konie wyruszylismy w gore strumienia, potem rzeki, aby w trakcie proby jej przekroczenia napotkac pierwszy problem. Problemem okazal sie moj kon Gier, ktory razem ze mna, paszportami,pieniedzmi,jedynymi ciepymi butami, bluza i kurtka postanowil wywinac klasycznego polskiego orla w rzece. Ze mna na jego grzbiecie. Caly mokry jechalem potem reszte dnia w kierunku pierwszej przeleczy. Cudem nic mi sie nie stalo:) Po drodze oczywiscie musialo padac i nawet troszke gradem sypac ... Bylo nawet troszke bardzo strasznie, gdyz na koniu jezdze slabo , gory wysokie i skaliste i nic , tylko sobie kark skrecic:)


A: Zamarlam, zesztywnialam i te kilkanascie sekund trwalo wiecznosc. To nie bylo zwykle potkniecie - Piotrek razem ze swoim koniem najpierw chwiali sie, potem razem znikneli w spoienionej wodzie, pierwszy pojawil sie moj maz - z usmiechem na ustach, a potem jego kon, ktory dzieki swojej niezgrabnosci zyskal nowe imie - Baszar :) (kto zna nasze koty ten wie o co chodzi)


Po wejsciu na 3,5 tys metrow zanocowalismy w namiocie obok Jurty. Nad pieknym szmaragdowym jeziorem.


 

Dzien drugi


Po calonocnym suszeniu butow udalo mi sie doprowadzic do porzadku. Ania troszke zapuchnieta od kulbaki. Nastroje dobre. Okazalo sie , ze przelecz jest zasypana sniegiem, jest zaledwie 3 tygodnie przed koncem sezonu pasterskiego no i warunki sie pogarszaja. Od poczatku towarzysza nam lekkie opady w nocy. Dlatego Ulan poprosil kolegow o pomoc i tak razno w 6 koni ruszylismy w gore doliny.




Tego dnia Gier odkryl ze nie umiem jezdzic i rozpoczal testowanie mojej woli, wiec dosyc zestresowany ani sie obejrzalem, jak teren zrobil sie wyjatkowo kamienisty i przed nami ukazala sie przelecz (pierewal po rosyjsku).



Kamienna gran zasypana sniegiem.

Po kilkugodzinnej jezdzie dotarlismy do przeleczy. Widzialem , ze Ulan jest niepewny co do przejscia i dosc dlugo naradzal sie wspolnie z kolegami, czego oczywiscie  nie zrozumielismy.


Przewodnicy postanowili w dwa konie zrobic rozpoznanie bojem ktore wypadlo pomyslnie. 

Film - Zwiad     Film - zwiad 2

Po kilku butelkach wodki wszyscy nabrali przekonania ze przejscie jest mozliwe no i rozpoczelismy podejscie.

Film - Wprowadzenie


Przelecz ma 4500 metrow, powietrze rzadkie, ciezko oddychac, Kirgizi ciagna konie , my idziemy "ciut ciut pieszkom"  .

Film - zmeczenie

Film - zdobywanie szczytu


Najlepsze : z nami pojechal na ta przelecz chlopiec moze 6 letni .....


 Film - na przeleczy


Na przeleczy w podziece wypilismy "ciut ciut" wodki z kolegami Ulana.

 I juz sami pomalu zeszlismy w dol, ku pastwiskom na wieczorny spoczynek. 

Odnalazl nas Altanbek, kolega Ulana - "ciut ciut" wodki no zaproszenie na sniadanie nastepnego dnia .


W nocy konie uciekly.


Dzien trzeci.


Ulan szukal ich od switu do 8-9 rano, znalazl dwa. Trzeci odnalazl sie po godzinie, no i wyruszylismy.


A: Kirgizi nie dokarmiaja koni, wiec zeby w ogole daly rade przetrwac takie warunki, musza przez cala noc przemieszczac sie w poszukiwaniu lepszej trawy. Maja spetane przednie nogi, ale jak widac nie wiele to daje no i klasycznie co rano kazdy Kirgiz poszukuje swego konia :)


U Altanbeka zjedlismy sniadanie, wypilismy "czaj"  i  napelnilismy baniak kumysem na droge.

Odprowadzil nas kawalek po czym zjechalismy w dol. Konie pokasane przez gzy byly niespokojne.


Z 8 butelek zabranych na droge juz trzeciego dnia zostaly dwie, dlatego tez w jedynym sklepie po drodze kupilismy kolejne 8. 

Tam juz tak jest, ze gosc w dom, wodka w dom. W trakcie podrozy rozdalismy tez 2 kartony papierosow, za to zawsze byla goraca herbata i chleb.


Tego dnia moj kon zgubil podkowe.


A: Ulan kompletnie sie tym nie przejal - juz widze jak nasze polskie konie ida na gorski trekking bez podkow!


Przejechalismy tez przez rezerwat w ktorym prawie ze zaplacilismy mandat. Ulan niczym prawdziwy Kirgiz wylgal sie ;) 


Wieczorem oboz w gorach, pierwsza od 3 dni kapiel w strumieniu, lekki posilemk i wykonczeni ale juz pewni siebie poszlismy spac.


Dzien czwarty.


Wyruszylismy wczesnie rano w kierunku drugiego pierewalu. Po drodze oczywiscie przylaczali sie co chwile do nas "koledzy" .


Drugi pierewal byl prosty i po przekroczniu go mielismy jedne z najlepszych widokow przed soba. 

Wysoko polozonymi lakami wsrod skal jechalismy dlugo majac po bokach niezwykla panorame gor na 4 tys metrow wyoskich.


Bylo bardzo goraco, spotkalismy"kolegow" , ciut ciut etc . 

Wieczorem bylismy juz tak zmeczeni, ze nie mowilismy do siebie nic (Urmat nas ostrzegal). No i stalo sie - chcialbym wymyslic jakas fantastyczna przygode, jak to moj kon potknal sie w pelnym galopie etc ale prawda jak zwykle jest prozaiczna. Zsiadalem. Zebro prawie poszlo, moze peklo, do teraz nie wiem. Ale z pewnoscia byl to widok komiczny:)


A: Komiczny to malo powiedziane. Samego zsuniecia sie nie widzialam, ale jak sie odwrocilam Piotrek po prostu lezal sobie w trawie tuz pod nogami spokojnego Baszara, w sumie to wygladalo nawet dosc sielsko anielsko. Ot, zmeczony


Zjechalismy z gor na droge na Naryn wieczorem , po dobrych 8 godzinach jazdy i rozbilismy w cieniu trzeciego pierewalu oboz. Wykonczeni z wisielczymi nastrojami. Po krotkiej naradzie , gdyz wiedzielismy, ze wycofac sie mozna tylko tu i teraz , postanowilismy udowodnic kirgizom i swiatu ze damy rade. Poszlismy spac.

Dzien piaty.


Pierewal przywital nas deszczem, mgla, wiatrem i zimnem. 

Ulan nie byl pewien ktoredy isc, a ze Zyrafa skrecila wczesniej noge, oczywiscie wybral droge "ciut ciut pieszkom" po kamieniach. Mial szczescie ze szedl kilkadziesiat metrow z przodu, bo z moja Zona tak sie nie zartuje;)


A: Ja patrzac na coraz bardziej idiotycznie stroma droge doszlam do momentu, w ktorym panika przejela na kilkanascie sekund wladze nad rozumem, puscilu mi nerwy, po to zeby juz po chwili po prostu isc w dol na zasadzie "albo ja, albo ta gora"


To nie bylo ani fajne, ani mile przezycie. Na gorze wiatr i snieg, paskudnie po prostu.


Po czterech godzinach zjechalismy w doliny i okazalo sie ze jest to najdluzszy dzien , podczas ktorego nie ma po drodze zadnych jurt, zywego ducha. 

Jechalismy tego dnia lacznie jakies 10 godzin az nad jezioro Song-Kul gdzie w koncu postanowilismy przespac sie w jurcie. Moje zebro nie dawalo mi zyc, wiec jako jedyny troszke szedlem troszke jechalem. Ania miala taka mine , ze wolalem nie pytac, ale domniemywam, ze plecy....


Mimo to na koniec galopowalismy po rowninie- ja pierwszy raz w zyciu! Zdaje sie ze nasza postawa zaimponowalismy Ulanowi, ktory w sumie byl bardziej zmeczony od nas.


A: Do teraz zaluje, ze nie zsiadlam z konia, zeby zrobic Piotrkowi fotke. Rozpromieniony od ucha do ucha krzyczal podparty jedna reka na biodrze " Tak jezdzi polska kawaleria" albo "trzymam wodze w lewej rece, bo w prawej moglbym miec szable". I gnal do przodu na zlamanie karku!


 


Dzien szosty


Po odpoczynku nad jeziorem, ktore zamglone stracilo caly swoj urok i do konca zycia bede sie zastanawiac jak wyglada w sloncu, postanowilismy tam nie zostawac i rozpoczac powrot. 

Podzielilismy trase na dwa odcinki tak by kazdego dnia robic po 4 godziny . Nasz przewodnik zabieral po drodze pasazerow co nas troche wkurzalo, ale rozumielismy ze nie chce spac w namiocie, a i nam bylo to na reke , bo nie musielismy placic za jego nocleg.


Wieczorem znuzeni wykonczylismy zapasy i poszlismy spac. Jak sie okazalo, nastepnego dnia wszyscy doznalismy dolegliwosci gastrycznych z powodu jakiejs bakterii podlapanej nad jeziorem. Lacznie z naszym przewodnikiem. W nocy spadl deszcz na dodatek. To juz byl ten etap kiedy mielismy dosyc. No ale Kopernik, Twardowski, Zyrafa i Wodzu! Musimy isc dalej.


 


Dzien siodmy, ostatni, i najgorszy.


Prosta droga w dol - jedyna po ktorej moga jechac auta. Sloneczko lekko za chmurami. Pomalutku w dol, w myslach ja obejmuje butelke zimnej coli i jem pierogi, Ania tez zadumana , pewnie jakas jajecznica, moze nawet z bekonem jej chodzi po glowie, slowem - sielanka i nuzace dreptanie. Az do chwili kiedy nasz przewodnik postanowil skrocic droge.


Jak sie potem okazalo, skrot bl yo trzy razy dluzszy od drogi dla aut, prowadzil w dol kanionu - przepieknego notabene-az do miejsca, gdzie nasza mala rzeczka wpadala do wiekszej...


Inteligencja Ulana nie dala mu znac , ze skoro pada to jest mokro, jak jest mokro to woda wzbiera, jak woda wzbierze - to nagle staje sie naprzeciw glebokiej na poltora metra , szerokiej na 30 metrow rwacej gorskiej rzeki i nie ma mostu o dzien jazdy koniem! Ja myslalem ze Zyrafa go zabije. 

Sam chcialem go zabic i zjesc jego konie.


Zamiast mostu - no , zobaczcie sami filmiki, to zrozumiecie.

Film - O jeden most za daleko

Film - Latajaca zyrafa

Film - Przeprawa koni


Dodam tylko ze uratowal ten dzien sznurek do bielizny dlugosci 20 metrow i europejska mysl techniczna.


A: A w tym wszystkim najgorsze jest to, ze po drugiej stronie rzeki Ulan zostawil Alfe - swoja wierna, jednooka suke, ktora kazdej nocy pilnowala naszego obuzu, odganiala inne zwierzeta i ogolnie strzegla nas przed calym zlem tego swiata. To przesadzilo o mojej opini o tym marnym czlowieku. Wystarczylo zrobic jeszcze jeden, ostatni kurs wozkiem...


Lacznie zrobilismy 400 km po gorach, zdobywajac przelecze po 4,5 tys metrow. 7 dni w siodle. 21 butelek wodki i dwa kartony papierosow z pewnoscia nie przyczynily sie do zdrowia miejscowej populacji. Dokonalismy tego z symbolem Polski Walczacej na plaszczach i duma narodowa w sercu. Nie zawiedlismy Was, mozecie byc z nas dumni.


 


 


 


 


 


 


 



Lucznictwo Kirgijskie


Link 10.08.2010 :: 08:32 Komentuj (5)

"Narod, ktory nie pamieta swojej historii, nie posiada takze przyszlosci"


                                                               Churchill (chyba i jakos tak)


Kirgizi przywedrowali znad brzegow Jeniseju jako koczownicy , pasterze i lucznicy. Dzis z tej tradycji zostalo tylko stado baranow i jezdzcy w gumofilcach . Jednakze w tym opuszczonym przez Boga kraju zyje jeden bohater, ktorego luczniczemu swiatu niniejszym przedstawiam: Almaz Ucma


 


Smutne bylo to spotkanie. Almaz od 7 lat probuje droga prob i bledow odtworzyc kirgijski luk. Nie posiadajac dostepu do internetu, kontaktu z innymi lucznikami , bedac troche wysmiewanym przez rodzine lokalnym dziwakiem, walczy o przetrwanie kultury swojego kraju.


Luki wykonuje z rogu wzmacniajac je wloknami sciegien konskich. 

Ciekawy oplot , ktory widac na zdjeciach, jest kompletnie bezuzyteczny. Calosc toporna i ciezka pracuje wolno. Jego strzaly leca najwyzej 120-150 metrow co jest zdecydowanie kiepskim wynikiem.



Z braku dostepnosci materialow Almaz swoje strzaly robi z orzecha - sa ciezkie, krzywe, natomiast jego upor uzbroil je w kosciane noki.


Almaz nie ma dostepu do drewna, gdyz w Kirgistanie ono nie wystepuje , a jego nie stac na zakupy za granica.


Moj luk ogladal on z ciekawoscia i uwaga jaka pamietam z dziecinstwa gdy w moje rece dostal sie pierwszy zegarek cyfrowy, albo gdy w wieku 5-7 lat zobaczylem pierwszego banana. Parafrazujac-wszyscy jestesmy dzikusami....


Co najsmutniejsze, rodzina Almaza  zupelnie nie przejawia checi kontynuowania pracy Ojca.


Syn Almaza mieszka w Biszkeku, mowi po angielsku, moglby, gdyby chcial, wyszperac w sieci i w muzeum odpowiednie materialy. Zamiast tego stara sie naklonic ojca by ten stworzyl cos z niczego i sprzedal do USA za 1000 dolarow. Typowe...


Przyczyna tego stanu rzeczy w Kirgistanie jest ciekawe kolonialne zjawisko. Za Sojuza Kirgizi byli zmuszani na wlasny koszt do organizacji "tradycyjnych " swiat i festiwali ku uciesze dygnitarzy. Szczerze znienawidzili swoje tradycyjne sporty . Odwrotnie niz u nas, gdzie co zakazane - to necace, ciekawe,  patriotyczne.


Obecnie swieta i festiwale, ktore planowalismy jeszcze w Polsce odwiedzic, zostaly odwolane ... z braku wystarczajacej liczby turystow! To tak jakby Niemcy odwolali Oktoberfest ...Niepojete acz prawdziwe.


Ciekawie przedstawia sie ( o ile moglismy zrozumiec- bariera jezykowa jednak jest) historia postkomunistycznego lucznictwa. Pierwszy prezydent inwestowal turystyke, organizowal i wspieral lokalnych wytworcow. Drugi - juz nie , natomiast jego minister kultury obiecywal zlote gory, i jak juz mial cos zrobic-zostal zamordowany. Teraz przyszla rewolucja i kraj jest w zawieszeniu. A w Kirgistanie bez wparcia rzadu nie powstanie droga, przystanek, plot , tylko najwyzej dziura w jezdni. Postsowiecka mentalnosc i chec bogacenia sie to dwa nurty zycia, miedzy ktorymi nie ma miejsca na dziwactwa Almaza....


Almazie - szacun!

A tu jego kolczan:


 


 



Załóż bloga

Archiwum

2010
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień

Kategorie

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl