golonte
at ownlog '06
Link 23.09.2008 :: 14:11 Komentuj (1)
W poszukiwaniu tradycyjnych strojów Beduinów...














Poniżej ręcznie haftowana sukienka śłubna



Mozna jeszcze spotkać w Jordanii stare kobiety z tatuażami na twarzy. Kiedyś było to bardzo popularne, wyróżniało kobiety z różnych plemion, dodawało uroku i chroniło przed złym spojrzeniem. Tatuowały się tylko kobiety, mężczyźni uważają to za oznakę zniewieściałości.







A tak wyglądały stroje beduińskie jeszcze 100 lat temu...







Strój męski od święta...






Link 17.09.2008 :: 11:53 Komentuj (0)

Tradycyjna gospodarka Beduinów
oparta była przede wszystkim na hodowli wielbłądów, które wykorzystywano do
bardzo wielu celów. Jednogarbne dromadery dostarczały mięsa, mleka i wełny, a
także transportowały cały dobytek podczas migracji. Te potężne, niekiedy
osiągające dwa metry w kłębie zwierzęta, ważące nawet ponad pół tony, są w
stanie z łatwością udźwignąć sto kilogramów. Wielbłądy były niezastąpione ze
względu na ich doskonałe przystosowanie do życia na pustyni. W okresie zimowym
potrzebują pojenia tylko raz w tygodniu i są bardzo odporne na odwodnienie –
potrafią przetrwać utratę wody do 25 % masy ciała podczas gdy inne zwierzęta
umierają po utracie 12 - 15%. Równie odporne są na wysokie temperatury, dzięki
zmiennocieplności podnoszą temperaturę ciała nawet o 6°C i zużywają mniej
energii na chłodzenie organizmu. W garbie, wbrew potocznej opinii, jest 
gromadzony tłuszcz, a nie woda, z którego dopiero w wyniku trawienia powstaje
płyn gromadzony w żołądku. Beduini w sytuacjach kryzysowych, gdy woda stawała
się niezbędna to przeżycia, rozcinali żołądek wielbłąda i gasili pragnienie tym
płynem.










Wielbłądy do dzisiejszego dnia są, obok koni, powodem do dumy dla swoich właścicieli. Zwierzęta są oznakowane w charakterystyczny dla danej rodziny i plemienia sposób, a  znajomość tych
symboli należy do obowiązkowej edukacji młodzieży. Tradycyjnie opieka nad tymi zwierzętami należy do mężczyzn, kobiety zajmują się resztą dobytku. Stado wielbłądów najczęściej jest podzielone na kilka grup. Samice z 
nowonarodzonymi młodymi zostają blisko namiotu, bo potrzebują więcej wody i przemieszczają się wolniej. Mleko tych wielbłądzic jest najbogatsze w składniki odżywcze, bardzo słodkie i niezwykle cenione przez Beduinów.










Przez większość dnia samice mają najczęściej założone specjalne torby na wymiona, żeby ograniczyć dostęp ich młodych do mleka. Kilkunastomiesięczne wielbłądy mogą dołączyć razem z matkami do stada. Samice te są nadal mleczne, choć mleko to nie jest już tak dobre jak na początku. Natomiast ciężarne samice są puszczane wolno na cały dzień, a zapędzane do obozu dopiero wieczorem. Ostatnia grupa to wielbłądy używane do transportu i pod siodło oraz samce rozpłodowe. Te, jako najszybsze i
najsilniejsze, mają spętane przednie nogi i pozostawione same sobie do chwili, gdy ktoś ich nie będzie potrzebował.










Wielbłądzie mleko, bogate w składniki odżywcze jest cenione do tego stopnia, że osiąga bardzo wysokie ceny i w ogóle jest trudne do nabycia poza terenami pustyni. Tak jak herbata
nazywana jest „beduińską whisky”, tak mleko wielbłądzie uchodzi za „beduińską viagrę”. Mleko to jest znacznie bardziej odżywcze niż mleko krowie, ma mniejszą zawartość tłuszczu oraz większą potasu i witaminy C.  Oprócz mleka ważnym produktem dostarczanym przez te zwierzęta jest wełna. Jest bardzo mocna i ciepła, a służy głównie do wyrobu płaszczy, ale też produkcji toreb i innych
elementów wielbłądziego rzędu. Mięso uważane jest za smakołyk, ale potrzebna jest ważna okazja taka jak ślub czy odwiedziny szejka, żeby zarżnąć cielę,
najczęściej samca.








 



A na sam koniec kilka zdjęć z wyścigów wielbłądów, na które zjeżdżają się hodowcy z całej okolicy. Zwierzęta dosiadają młodzi chłopcy, wręcz dzieci, żeby jak najmniej je obciążyć. Sam wyścig wygląda dość komicznie - wzdłuż trasy wyścigu jadą właściciele i znajomi w samochodach terenowych, których jest kilkakrotnie więcej niż samych wielbłądów.











I meta wyścigu...






Link 16.09.2008 :: 13:58 Komentuj (2)
Prawie 10 lat temu pojechałam po raz pierwszy na Bliski Wschód i zakochałam się w Jordanii. Trzy lata później miałam wybrać temat pracy magisterskiej i postanowiłam opisać Beduinów w Jordanii. Jak na prawdziwego etnografa przystało chciałam sama pozbierać materiały i tak rozpoczęła się moja przygoda z tym krajem. Spędziłam tam dwa miesiące jeżdżąc po pustyni, mieszkając z Beduinami i szukając tradycyjnych strojów oraz starodawnych zwyczajów, które jeszcze przetrwały w niezmienionej od wieków formie. Zdjęcia, które tu wstawię  były jeszcze robione aparatem analogowym i dawno temu skanowane, stąd ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Ale  może  to i lepiej - bardziej pasują do retrospekcji sprzed lat.




Z rodzinną Atallah spędziłam tydzień - namówiłam mojego przewodnika Jafara, żeby zostawił mnie na pustyni i wrócił po tygodniu. Nie znałam języka arabskiego, oni nie znali angielskiego, ale pomyślałam sobie, że dokładnie tak zaczynali swoje badania i przygody XIX w etnografowie i jakoś tam im się udawałao, więc dlaczego ja miałabym być gorsza? Siedziałam z dzieciakami i młodzieżą całymi dniami na pustyni i uczyłam się pojedyńczych słów zapisując je fonetycznie w swoim zeszycie. Wieczorami przy ognisku cała rodzina miała niezły ubaw odpytując mnie z nowych słówek. Po kilku dniach okazało się, że spokojnie możemy przejść do bardziej abstrakcyjnego słownictwa - juz nie tylko nazywaliśmy otaczające nas przedmioty, ale również rozmawiałliśmy o tym kto jest czyim bratem, czy jest miły, złośliwy albo leniwy. To naprawdę niezwykłe jak w takich warunkach można szybko nauczyć się języka - zrozumiałam, że kilka miesięcy wystarczyłoby, żebym zaczęła płynnie mówić ich dialektem.



Na następnym zdjęciu w środku mój przewodnik Jafar - już go znacie, to ten sam Jafar co pojawił się na zdjęciach z Jordanii z grudnia zeszłego roku. Tylko sporo młodszy :)



Każdy dzień zaczynaliśmy wcześnie rano. Szybka toaleta - ręce i twarz, a zaraz potem śniadanie i słodka, gorąca herbata.Czasem do herbaty dolewali wielbłądziego mleka, ale to od wielkiego dzwonu i raczej tylko dla dzieci, a w zasadzie dla chłopców, którzy jak w prawie każdej kulturze są bardziej hołubieni.









Potem każdy zabierał się za swoje obowiązki. Dzieciaki szły paść kozy...



...kobiety zajmowały się domowymi sprawami - gotowanie, sprzątanie, plotkowanie...









A mężczyźni? No cóż, często udawali się w interesach do innych obozów lub przyjmowali swoich kolegów w gości...








Koczowniczy styl
życia na pustyni nie jest łatwy, źródła wody, tak ważne dla podróżujących
są  nieliczne i niegdyś mocno strzeżone. Dlatego właśnie niezbędna i szczególnie
cenna jest wszelka pomoc, którą mogą ofiarować pojedyncze rodziny pustynnym
wędrowcom. Każdy gość przyjmowany jest z honorami i ma prawo pozostać z daną
rodziną przez trzy dni.

Otrzymuje nie tylko dach nad głową i jedzenie, ale
również ochronę. Beduin przyjmujący go do swojego namiotu nie zawaha się
ofiarować wszystkiego co ma najcenniejsze, w tym i swojego życia, aby ochronić
gościa. Taka gościnność wynika w pewnym stopniu ze świadomości, że każdy może
się znaleźć w podobnej sytuacji i sam potrzebować pomocy w przyszłości. Wszyscy
znają powiedzenie „Mój dzisiejszy gość może być jutro moim gospodarzem”. Poza
tym każdy podróżny przynosi wiele istotnych informacji o warunkach
klimatycznych, czyli na przykład o opadach deszczu w innym rejonie pustyni, o
polityce, w tym również o bandach niebezpiecznych rabusi, czy też plotki o
wspólnych znajomych i rodzinie. Doskonałe przyjęcie podróżnego służy również do
rozpowszechnienia informacji o dobroci, wspaniałomyślności i honorze gospodarza,
gdyż wdzięczny gość po wyruszeniu w dalszą drogę będzie opowiadał o tym jak
wspaniale został potraktowany. Aby zrobić dobre wrażenie i godnie podjąć
gościa, zabija się zwierzę, a dawniej  często oznaczało się
krwią wielbłąda wędrowca, na
znak dobrego przyjęcia.





Sama byłam wielokrotnie zabierana przez mojego przewodnika
do różnych jego kuzynów i każda taka wizyta połączona była z obowiązkowym
obiadem. Moja odmowa poczytana byłaby za obrazę, a ponieważ niekiedy rodziny te
były biedne, stawiało mnie to w niezręcznej sytuacji. Zawsze gość rozpoczyna i
kończy posiłek, przy którym towarzyszy mu z reguły tylko pan domu. Kobiety i
dzieci jedzą później i muszą się zadowolić resztkami. Po posiłku znowu zostaje
podana herbata, przy której  toczą się
swobodne rozmowy, a niekiedy przyłączają się sąsiedzi ciekawi nowego gościa i
jego opowieści. Wieczorem rozbrzmiewa muzyka; dźwięki udd (arabskiej gitary),
tabli (metalowego bębna) i rubaby (jedno-strunowej gitary) umilają czas
podróżnemu.





CDN...











Link 11.09.2008 :: 12:50 Komentuj (3)
Jakoś tak mnie dopadło życie w mieście, że aż zaczęłam pracować.
Póki co nie pojadę nigdzie dalej, ale żeby nie zapomniec co w życiu jest najważniejsze pozwolę sobie na cykl retrospekcji. W końcu mam jeszcze setki zdjęć i drugie tyle opowieści.
Już wkrótce blog odżyje.



Link 08.01.2008 :: 23:57 Komentuj (8)
Kochani!

Tak na wszelki wypadek juz dzisiaj zapraszam wszystkich bardzo serdecznie
na prapremierowy pokaz najlepszego filmu o podróżach jaki kiedykolwiek
widzieliscie pt "Żyrafa na wczasach".
Jezeli uda nam się do końca tego tygodnia go zmontować
(a wszystko wskazuje na to, że tak) pokaz odbędzie się
w sobotę 12.01 we Wrocławiu
w Browarze Mieszczańskim na ul.Hubskiej w sali klubowej o godz.17

Gdyby okazalo sie, że nasze arcydzieło nie będzie jeszcze gotowe dam znać.
Łatwiej jest odwołać niż zaprosić na ostatnią chwilę,
także juz dziś planujcie przyszlą sobotę z Żyrafą.
Gwarantuję niezapomniane wrażenia. Słowo Żyrafy!





Link 01.01.2008 :: 16:44 Komentuj (5)

Na pustynię pojechaliśmy z Jafarem,



który w nocy dał nam postrzelać do puszek ze swojej strzelby i niektórzy nawet trafili



Ale to nie byłam ja



Po dwóch nocach na pustyni pojechaliśmy do Aqaby wykąpać się w morzu Czerwonym





A na sam koniec podryfowaliśmy w morzu Martwym, które ma 30 % zasolenie i nie da sie tam ani pływać ani utonąć - można tylko leżeć.





Link 29.12.2007 :: 10:46 Komentuj (0)
Potem było zwiedzanie Petry









A po Petrze była pustynia Wadi Rum











Link 13.12.2007 :: 10:45 Komentuj (6)
Dzień czwarty. Pojechaliśmy do małej Petry, gdzie przyglądaliśmy się jak przygotowuje się mansaf, tradycyjną potrawę Beduinów.













Link 13.12.2007 :: 08:28 Komentuj (2)

Dzień trzeci. Spędzony w Karaku, bez kamery, bo pech nas przesładował. Ogólnie było czekanie i nerwy.



Pochodziliśmy trochę po zamku krzyżowców





A potem siedliśmy w centrum i obserwowaliśmy kręcenie arabskiej telenoweli






Link 12.12.2007 :: 08:31 Komentuj (0)
Tak to jest, że jak się połączy przyjemne z pożytecznym to nie zostaje czasu już kompletnie na nic. Ale zaraz wszystko nadrobię. Co prawda wróciłam już dwa dni temu do Polski, ale to nic nie szkodzi. Poślizg jest niewielki.
28 dojechała do nas reszta ekipy i zaczeliśmy mozolnie filmować Jordanię.
Pierwszego dnia Amman i zakupy





Następnego dnia zwiedzaliśmy miejsca biblijne. Madabę, gdzie jest najstarsza na świecie mapa Ziemi Świętej



Górę Nebo, z której Mojżesz zobaczył Ziemię Obiecaną



Rzekę Jordan i miejsce chrztu Chrystusa, które polecam tylko gorliwym wiernym, bo oprócz paru kamieni, miliona much i komarów nie ma tam nic ciekawego.











Księga gości

Wyślij wiadomość

Najlepsze Blogi
create your own visited country map

The web's original Travel Blog.